Z historii urządzania

 

............   o urządzaniu białostockich lasów w przeszłości
 
           Biuro Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej to przedsiębiorstwo, które szczyci się ponad piędździesięcioletnią historią w polityce leśnej Państwa. Różnymi metodami i przy użyciu różnych narzędzi dokonywało tworzenia planów urządzenia lasu i czyni to nadal. Zmieniały się metody, zmieniali się ludzie, a trzeba przyznać, że „urządzeniowy” to szczególny rodzaj ludzki. Jak to mówią, podstawowe atrybuty urządzeniowca to: but gumowy, krok metrowy i łyk setkowy. Cygański żywot w lecie, akordowy system pracy, rozłąka, to trudne problemy dla życia w cywilizowanym świecie. Przepracowałem w BULu 21 lat i mimo wszystko bardzo mile wspominam tamte lata. Przede wszystkim nieprzerwany kontakt z przyrodą w trakcie taksacji, a także okresowo wysokie apanaże musiały zastąpić teatr, książkę, spacery z żoną i dziećmi. Poznanie w krótkim czasie ogromnej zmienności ekosystemów leśnych, a także analizowanie wielkiej ilości informacji uzyskiwanych w taksacji leśnej, dało dobrą podbudowę pod przyszłe procesy decyzyjne dla niezagrożonej przyszłości Lasów Państwowych. Podobnie jak w wielu dziedzinach życia i w urządzaniu nastąpiły zmiany w warunkach terenowych, a także w technologii prac. Pamiętam liczydła, arytmometr, maszyny liczące, później automaty obrachunkowe DARO, które kodowane w języku R-300 tłumaczyła na ISO 10 maszyna nazywana zemstą Honeckera, czyli cellatron. Motocykl WSK zastąpiła Syrenka, potem Trabant. Dzisiaj podstawę procesu technologicznego stanowią oczywiście komputery, ale ja pamiętam jeszcze jak wykonać plan urządzenia  lasu ręcznie.
            W Biurze pracowało wielu ciekawych ludzi, których życiorysy mogłyby stanowić podstawę napisania scenariusza filmowego z nominacją do Oscara. W życiu zdarzały się różne historie, czasami komiczne, czasami tragiczne i to właśnie one ubogacają historię BULiGL. Kiedyś z kolegą ś. p. Wiesławem Mellerem, jako początkujący taksator, ruszyłem na taksację lasów niepaństwowych we wsi Rogacze koło Milejczyc. Było tych chłopskich lasów ze 150 hektarów i dlatego postanowiliśmy znaleźć kwaterę. Sprawa nie była jednoznaczna , jako że wieś Rogacze leży na ścianie wschodniej i zamieszkują tam katolicy i prawosławni. Z doświadczenia wiadomo, iż najlepszym punktem informacyjnym we wsi jest sklep. Dla nawiązania rozmowy zakupiliśmy wino patykiem pisane i po kilku minutach rozmowy wszystko było jasne. Wy Poliaki, czy wy Ruskie spytała sklepowa? Poliaki. A jak Poliaki to kwatera jest w 10-tej chałupie po lewej stronie drogi. Zabraliśmy plecaki i podeszliśmy do chałupy. Było zamknięte. Usiedliśmy na ławeczce przed domem. Ja wysoki 24-letni ,mój starszy kolega dużo niższy i krępy, rozważamy w słońcu taktykę prac. Za kilka minut od strony sklepu biegnie, gruba baba i ze śmiechem i zadyszką krzyczy: Ja wiedziała ,że goście będą , bo mnie się świnie śniły  taka gruba i mała to Pan (wskazując Mellera) i taka chuda i długa to Pan ( wskazując mnie), a jak świnie się śnią to zawsze goście będą. Od pierwszej chwili przypadliśmy sobie do gustu, ale czekała nas kolejna niespodzianka. Na powitanie gospodyni wlała nam w kubki „bardzo dobrego” wina własnej produkcji. Wino miało smak zwykłego octu a jako wkładka pływały w nim martwe muszki owocowe. Nie był to Wersal, ale jak można było nie spełnić toastu, po którym kubki zostały napełnione ponownie. Na szczęście wygódka nie była daleko, a szybkie podjęcie pracy w butach gumowych poprawiło nam nastroje. Tak szybko nigdy nie wykonaliśmy taksacji lasów wsi.
 
 
 Koniec części I                                                                                                                
 
Piotr Zbrożek

 

 

Poziomki
 
 

    Puszcza Borecka to chyba najlepszy poligon doświadczalny dla każdego taksatora. Niejeden załamał się wykonując próbę sporządzenia opisu taksacyjnego tego niezwykle skomplikowanego obiektu przyrodniczego. Utwory geologiczne , z których powstały gleby pochodzą z ostatniego zlodowacenia. Teren pagórkowaty spowodował , iż naj-żyźniejsze elementy spłynęły z utworów gliniastych, tworząc w zagłębieniach typowe grądy, bądź olsy jesionowe czy łęgi w dolinach rzecznych. Wykopanie w tych warunkach wymiarowego profilu glebowego graniczyło z cudem. Występuje tu ogromna zmienność gatunków drzew i krzewów typowych dla tej krainy przyrodniczo leśnej. Runo leśne również jest licznie reprezentowane w tym oczywiście poziomki. Czemu uczepiłem się tych nieszczęsnych poziomek ??   Wszystko w swoim czasie. Był rok 1976. Drużyna Mariana Walenczaka urządzała Borki i Przerwani , które jeszcze wtedy były zarządzane przez OZLP Olsztyn. Daleko od domu. Pojechaliśmy z Beczką (J .Kraszew-ski) na poszukiwanie kwater. Jako że trafiły się nam Borki znaleźliśmy kwatery obok siebie w leśniczówkach , on u leśniczego Kozłowskiego (leśnictwo Sarnianka ) ja u Leśniczego Szarejki (leśnictwo Lipowo). Warunki nie były najlepsze, gdyż zamiesz-kujący te tereny ludzie opuszczali masowo tzw. ziemie odzyskane i nie było uwarunko-wań dla dbałości o mienie, bo nie było wiadomo, kto tu będzie „rzadził”. Budynki były zaniedbane i nie zachęcały swym wyglądem do wejścia do środka. Dobrze , że udało się znaleźć robotnika do oganiania komarów i much nieznośnie uprzykrzających żywoty nieszczęsnych taksatorów. Mój dzielny robotnik Stasio wtedy 14-letni , kilka lat później został znaleziony martwy w jeziorze, po zabawie ludowej. Ciekawe, czy na tamtym świecie są poziomki? Na tym świecie w Puszczy Boreckiej były wyjątkowo urodziwe. Do połowy czerwca otaksowałem kilka „arkuszy” czyli sekcji po około 500 ha. Nie były mi straszne komary, muchy ani wałęsające się po puszczy żubry, których w owym czasie było 41 sztuk. W bokówce pana leśniczego znalazłem starą WFM-kę , bez reflektora ze spalonym sprzęgłem, poobijana i dorżnięta trudami lat funkcjonowania na ciężkich drogach gruntowych, wybitnie nadawała się na środek lokomocji do taksacji. Mały remoncik i WFM-ka ożyła. W lesie można ją było zostawić pod każdym krzakiem i nikt na nią nie spojrzał. A była taka pożyteczna. Życie taksatora nie składa się z samych przyjemności , jak mówi Dyrektor BULiGL A.Szempliński , czasami trzeba się napić wódki. Ale nie o to chodzi. Człowiek czasem żeni się,a potem ponosi konsekwencje tego kroku. Moja żona stwierdziła, że siedzę w tym lesie i zostawiam ją samą, wzięła urlop i przyjechała do Lipowa. Termin urodzin potomka wyznaczono jej na połowę lipca. Tydzień razem podziwialiśmy okrutną Puszczę Borecką a w sobotę 26 czerwca nasz kierownik dysponujący samochodem Wartburg obiecał zabrać nas do Białegostoku. Ponieważ rano nie przyjechał, wsiadłem na osławioną WFM-kę i odwiedziłem go na kwaterze w Żywkach. Nie wyglądał najlepiej, ale obiecał przyjechać na 12-tą. W powrotnej drodze do naszej leśniczówki zatrzymałem się na chwilę przy uprawie. Dojrzałe ogromne aromatyczne poziomki występowały prawie łanowo. Z myślą o żonie nazbierałem, już nie wiem w co, z pół litra tych pięknych owoców. Jej radość była oczywista jednakże po skonsumowaniu, zaczął ją boleć brzuch. A może poziomki były spryskane ??? Wartburg zajechał punktualnie o 12 –tej. O 16 –tej w bólach dojechaliśmy do Białegostoku. Ponieważ żonie nie poprawiało się zawołałem pogotowie.

W niedzielę rano zostałem ojcem Pawła. A wszystko przez głupie ....... poziomki.

 

                                                                                                                     Piotr Zbrożek

 

HERB
 
      Czasami człowiekowi wydaje się, że przecież nie jest zwykłym robolem. Błękitna krew uderza do głowy, a nogi w butach gumowych pokonują w trakcie taksacji kolejne kilometry leśnej wędrówki. Heraldyka nie jest zjawiskiem popularnym , a kiedyś jak nie było internetu, swój herb można było znaleźć w szpargałach babci, albo nie znaleźć w ogóle. Awanse, doktoraty, nagrody to nie to. Ciekawe jaki to jest mój herb rodowy?
 Jak by tak kartę opisu taksacyjnego pieczętować herbem ?? Kłębiące się myśli nie dają spokoju. Wojażowanie, nawet po kraju ,w latach sześćdziesiątych nie było zbytnio popularne. Towarzysze dbali o spokojny żywot narodu, żeby nie przemęczał się zbędnymi podróżami. Jednakże myśl dręcząca bezlitośnie skłoniła naszego bohatera do poszukiwań. Po wielu wyprawach zwiedzał miasteczko Mrągowo. Wąskie ulice, niewielkie domy, od czasu do czasu szyld pisany po polsku i po niemiecku. Wreszcie oko wędrowca przykuwa herb wiszący nad drzwiami :Icchok Czerwiński –krawiec mężczyźniany.!!! Już więcej nie szukał. A po co? Któż to wymyślił te herby?
 
     Najtrudniejsze w trakcie taksacji bywają chwile zaskoczenia przez kogoś, kogo nie było, a nagle…szepcze ci coś do ucha. Samotnie taksując ostępy Lackiej Puszczy zauważyłem około stu metrów ode mnie równie samotnie wędrującego mężczyznę. Schowałem się za drzewem . Czekaj bratku , ja cię wystraszę. Kiedy podszedł na dwa metry , wypadłem zza drzewa i jak nie ryknę na niego, ….. a on nic. Rykną na mnie i ….. poszedł dalej. Czułem się strasznie. Taksacja nie kleiła się, wróciłem na kwaterę. Człowiek to brzmi dumnie.   W latach siedemdziesiątych taksator chodził do lasu z robotnikiem, którego zasadniczym zadaniem było wykonanie obrączki na drzewie rosnącym na granicy między wydzieleniami leśnymi i pomalowanie jej czarną farbą wraz z zaciosem wskazującym początek granicy. W zasadzie nie było kłopotów ze znalezieniem robotników, jako że ich zarobki były konkurencyjne w stosunku do ciężkich prac rolniczych. Trafiali się różni ludzie. Kiedyś pracowałem z chłopakiem, któremu nie obce były kolegia ds. wykroczeń i wyroki. Jesienną porą po skończonej taksacji zaproponował wyjazd sławną WFM-ką do sąsiedniej wsi na wino. Robiło się ciemno , a nasza WFM-ka była bez świateł. Przyświecając latarką przy jasnym księżycu dojechaliśmy do wsi , kupiliśmy wino , ale w tej wsi wyłączyli światło, więc jedziemy do następnej. Nagle z przeciwka jedzie samochód. Myśleliśmy , że to nasz kolega Jacek wraca swoją Skodą z Augustowa. Robotnik pomachał latarką i obok nas zatrzymał się samochód z dwoma panami w niebieskich mundurach. Niewiele myśląc zerwałem do przodu , ale nie mieliśmy wielkich szans urwania się , więc wyhamowałem w rowie , pozostawiając WFM-kę. Biegłem wzdłuż drogi do domu 7 km , bijąc rekord świata.
       Mój leśniczy spał , ale zbudziłem go opowiadając co zaszło , prosząc by nas nie wydał. Robotnik nie wracał. Wrócił rankiem , bo jak stwierdził wino wypadło mu zza paska i nie mógł zostawić go w polu. Upadł w bruzdę i patrzył co się dzieje. Jeden z panów został przy motorze , a drugi przywiózł jak się później okazało sołtysa, który zabrał motor. Milicjanci z piskiem opon ruszyli w pogoń , myśląc że spotkają nas w sąsiedniej wsi na zabawie. Po dwóch tygodniach leśniczy musiał  tłumaczyć się skąd jego wyrejestrowany motor znalazł się na drodze publicznej. Wszystko dobrze się skończyło.
 
 
                                                                                        Piotr Zbrożek
                                                            
                         Herbu Jasieńczyk

   

  

 

Jak zostałem przyjęty do pracy w BULiGL Białystok 1 kwietnia.

 

 Czytając wspomnienia Pana Piotra Zbrożka z historii urządzania białostockich lasów postanowiłem opisać swoje jedno wspomnienie jako już byłego pracownika Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej w Białymstoku. Mój staż pracy w biurze nie był tak długi jak Pana Piotra, a historia nie tak odległa, jednak może wydać się ciekawa, bo opowiada o ludziach, którzy zawsze mieli poczucie humoru.
                W 2003 roku trudności ze znalezieniem pracy w lasach państwowych, po odbytym stażu w Nadleśnictwie Supraśl, jednak bez szans na zatrudnienie, zmusiły mnie do poszukiwania pracy poza jednostkami LP. Padło więc na Biuro Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej oddział  w Białymstoku.

 Jakie było moje zaskoczenie, kiedy po kilku miesiącach oczekiwania zadzwonił mój telefon i odezwał się miły głos (Adam Majer – inspektor kontroli i nadzoru) z zapytaniem czy nie jestem zainteresowany pracą w drużynie glebowo-siedliskowej? Bez zbędnej zwłoki oraz konieczności informowania małżonki pojechałem do Białegostoku na rozmowę kwalifikacyjną.

Od razu po ciężkiej rozmowie kwalifikacyjnej m.in. z ww. szanownym inspektorem, podpisałem umowę o pracę jako stażysta. Pracę zaczynałem od 1 kwietnia, jednakże umówiłem się że tydzień przed tą datą będę przyjeżdżał do pracy w celu zapoznania się    z zagadnieniami dotyczącymi pracy biurowej w drużynie glebowo-siedliskowej (w skrócie U4). Ponieważ zaraz na początku kwietnia cała drużyna wyruszała w teren.
1 kwietnia wyruszyłem z Księżyna (tam jakiś czas pomieszkiwałem) swoim maluszkiem do pracy na godzinę 7.00 jako pełnoprawny pracownik biura. Jednak na jednym ze skrzyżowań gdzie musiałem skręcić w lewo dzwoni telefon. Miły, jednakże strasznie poważny głos mojego przyszłego kierownika drużyny U4 Jarosława Lickiewicza mówi:
- Czy to Pan Waldemar Brodziuk?
- tak, przy telefonie – odpowiadam zadowolony,
- muszę z przykrością Pana poinformować, że jednak nie został Pan przyjęty do pracy w biurze,
(z mojej strony nastąpiła głucha cisza, tylko włączony kierunkowskaz w maluchu tykał wskazując mój kierunek jazdy na skrzyżowaniu w lewo, gdzie po raz drugi zmieniły się już światła, a ja nadal stoję, słychać trąbienie innych aut, a w mojej głowie tysiąc myśli – jak to nie zostałem zatrudniony, przecież mam już podpisaną umowę! znowu zostanę bezrobotnym!)
- halo! Słyszę kierownika – jesteś tam?
- jestem – odpowiadam – nie mogę zjechać ze skrzyżowania, bo znowu mam czerwone światło i nie mogę z tego wszystkiego wrzucić jedynki żeby ruszyć,

 - Prima aprilis ! – odpowiada kierownik – tylko nie spowoduj wypadku i nie spóźnij się do pracy bo przerób czeka! W tle słychać śmiech kolegów z drużyny i głos Wojtka Zawadzkiego do kierownika – więcej już nie stresuj młodego!

I znowu świat stał się piękny! Jednak tych kilku chwil spędzonych na tym skrzyżowaniu już chyba nigdy nie zapomnę! Jest wiele wspomnień z okresu pracy w biurze, których nie sposób wszystkich opisać (a innych lepiej w ogóle nie opisywać) np. mój pierwszy dzień pracy w terenie, ale tu już inna historia!
 

 

                                                                       Waldemar Brodziuk
Wydział Zasobów